O relacji pasożyt – żywiciel słów kilka

Panuje trochę mitów i przekłamań na temat relacji żywiciel – pasożyt. Niestety tymi mitami i przekłamaniami karmieni są pszczelarze, a w dalszej kolejności powielają błędne wnioski. Na przykład w artykule Sławomira Trzybińskiego do czasopisma Pasieka w artykule „Jak to było, czyli podsumowanie minionego sezonu” czytamy:
„Ubiegłoroczna populacja warrozy została silnie przetrzebiona wskutek masowych upadków rodzin pszczelich. Gdy giną pszczoły, giną też pasożyty bytujące na nich, co przeczy teorii, że każdy pasożyt „dba” o swego żywiciela, bo „wie”, że gdy zabraknie żywicieli, to pasożyty też będą się musiały pożegnać z tym światem. To akurat pseudonaukowo-życzeniowa teoria, która nie stosuje się do świata organizmów żywych, z ludźmi włącznie.”

wyscig_zbrojen
Dla mnie osobiście taka myśl świadczy o niezrozumieniu relacji pasożyt – żywiciel, a raczej o niezrozumieniu ewolucyjnych mechanizmów rządzących przystosowaniem organizmów do wzajemnego współistnienia w zależnościach ekologicznych. Nie ma takiej możliwości, żeby pasożyt „dbał” o żywiciela, gdyż pasożyt zdecydowanie wykorzystuje swojego żywiciela (żeruje na nim lub wykorzystuje go do jakichś innych celów – np. do przebycia pewnego cyklu życiowego, który może odbywać się tylko w określonych warunkach – takich jak na przykład w lub na ciele żywiciela). I choć może się tak zdarzyć, to nie znaczy to wcale, że w jego interesie zawsze jest śmierć żywiciela. Czytaj więcej „O relacji pasożyt – żywiciel słów kilka”

Fort Knox, czyli nasza rezerwa „złota”

Fort Knox to baza amerykańskich sił zbrojnych w stanie Kentucky. Oprócz siedziby szkoły i centrum badawczego wojsk pancernych znajduje się tam jeden z największych skarbców rezerw złota na świecie. Mówi się, że to jedno z najlepiej strzeżonych miejsc na naszej planecie.

A jak się to ma do pszczół? O tym za chwilę.

Pszczelarstwo naturalne, a zwłaszcza jego najbardziej radykalny odłam, czyli pszczelarstwo, w którym nie stosuje się żadnych metod zwalczania warrozy ma szereg problemów z przebiciem się do świadomości pszczelarzy. Stawia mu się szereg zarzutów – od barbarzyńskich założeń, przez nieracjonalność i naiwność, do całkowitej nieopłacalności ekonomicznej i konieczności stałego rozpoczynania od zera. Każdy, kto widzi długofalową potrzebę rezygnacji z jakichkolwiek metod zwalczania roztoczy (nieważne czy metod „twardej chemii” czy też „naturalnych”) natrafia na szereg zagadnień, z którymi musi się zmierzyć.

Przede wszystkim taki pszczelarz jest sam. Nie ma znikąd pomocy. Sąsiedzi prawie na pewno go nie wspomogą, a chętniej spaliliby mu pasiekę (takie groźby są częste) lub po kryjomu odymili jego pszczoły apiwarolem, żeby choroby nie przeniosły się na ich pnie (ten argument jest absurdalny, ale to nie tekst o tym, żeby się z nim rozprawiać). Dookoła wszędzie latają trutnie z rodzin nieprzystosowanych do zagrożenia jakim jest warroza. Pszczelarz nie chcący leczyć to na dziewięćdziesiąt dziewięć procent amator, który ma dwa, pięć czy choćby nawet i trzydzieści pni. To genetyczna kropla w morzu latającego nieprzystosowania. Do tego przecież pszczelarz dopiero chce zacząć swoją selekcję, a więc jego pszczoły wcale nie są zauważalnie lepiej przystosowane do radzenia sobie z roztoczem. Jeżeli uda mu się przejść przez pierwszy etap selekcji to utrzymanie przystosowania w takich warunkach będzie graniczyło z niemożliwością. Jeżeli przez kilka lat uda się coś wypracować, a w malutkiej pasiece przyjdzie kryzys (choćby nie był spowodowany chorobami, a na przykład wytruciem pszczół przez nieodpowiedzialnego rolnika), to… ostatnich kilka lat selekcji jest straconych. Trzeba wszystko zaczynać od zera. Znów od pszczół z komórki 5.4 mm. Znów od pszczół całkowicie nieprzystosowanych genetycznie do radzenia sobie z roztoczem. Beznadziejność tej sytuacji jest tak duża, że większość amatorów nie ma większych szans na poradzenie sobie z problemem. Czytaj więcej „Fort Knox, czyli nasza rezerwa „złota””

Cztery proste kroki do poprawienia zdrowia pszczół

Wybory zdroworozsądkowe do utrzymania pszczół przy życiu

Michael Bush
www.bushfarms.com/beesfoursimplesteps.htm

Wielokrotnie już omawiałem różne moje metody, które modyfikowałem przez lata, ale na ten moment chciałbym skupić nasze rozważania na czterech zagadnieniach: plaster, genetyka, naturalny pokarm i brak leczenia. Prześledźmy argumenty i skoncentrujmy się na potwierdzonych faktach.

Plaster

Jestem już zmęczony dyskusjami o tym czy rozmiar komórki pszczelej wpływa, czy nie wpływa na stan porażenia Varroa. W mojej pasiece warroza nie jest już problemem, ale na każdym spotkaniu pszczelarskim na jakim jestem, widzę, że roztocza Varroa są obsesją pszczelarzy. Ostatecznie spędzam przynajmniej połowę czasu opowiadając o nich. Przeszedłem na małą i naturalną komórkę w czasach kiedy nikt nie wierzył, że można hodować pszczoły bez leczenia. Przez kilka lat nie leczyłem pszczół z powtarzającym się katastrofalnym skutkiem dla mojej pasieki, ale wreszcie wyciągnąłem z tego właściwe wnioski. Gdy przeszedłem na małą i naturalną komórkę, z przyjemnością mogłem wreszcie wrócić do hodowli pszczół i pozostawić za sobą kontrolowanie porażenia roztoczami. Przekazywane doświadczenia są często kwestionowane przez inne osoby i choć dla mnie słowa innych pszczelarzy również nie były dowodem, to w przeciwieństwie do mnie, wielu tak naprawdę nawet nie chce tego spróbować. Ale rozważmy nasze opcje.

Czytaj więcej „Cztery proste kroki do poprawienia zdrowia pszczół”

Zapomnieliśmy, co dla Niej dobre… czyli analiza grzechów pszczelarstwa ostatnich dziesięcioleci

Artykuł został opublikowany w grudniowym numerze miesięcznika „Pszczelarstwo” 12/2015

 

Selekcja niezgodna z naturalnymi potrzebami gatunku

W poprzedniej publikacji („Pszczelarstwo” 11/2015) staraliśmy się wykazać, dlaczego długofalowe zwalczanie roztoczy Varroa jest nieracjonalne i przynosi więcej szkody niż pożytku. Ale samo nieustanne leczenie pszczół nie jest jedynym powodem, dla którego gatunek Apis mellifera ma się źle. My, pszczelarze, popełniamy wiele „grzechów” przeciwko naturze pszczoły. Zapomnieliśmy, co jest dla Niej dobre bądź… nigdy nas to nie interesowało. Najważniejszym i, być może, tak naprawdę jedynym problemem nowoczesnego pszczelarstwa jest niedostrzeganie lub ignorowanie natury pszczoły miodnej. Możemy jednak pokusić się o rozbicie go na kilka składowych. Pierwszą z nich jest selekcja niezgodna z naturalnymi potrzebami pszczoły.

Od zarania starożytnych cywilizacji i początków rolnictwa, człowiek selekcjonował zwierzęta hodowlane oraz rośliny. Selekcja ta zawsze była, jest i będzie. W uproszczeniu polega ona na systematycznej zmianie osobników w kolejnych pokoleniach, aby były bardziej wydajne, łagodniejsze i lepiej znosiły ingerencję oraz towarzystwo człowieka. Nowoczesne rolnictwo, które jest główną przyczyną degradacji środowiska naturalnego, przesuwa dziś selekcję organizmów do granic absurdu. O ile przed erą rozwoju nauk medycznych (i weterynarii) „wytworzone” w taki sposób zwierzęta umierały, kiedy ich zbyt wyśrubowane” cechy powodowały nieprzystosowanie do środowiska, o tyle dziś na porządku dziennym jest ratowanie zwierząt, które nie potrafią funkcjonować bez opieki człowieka. Podobnie jest wśród roślin uprawnych — i tu ceną za wyższe plony jest konieczność częstego wspomagania chemią. Czytaj więcej „Zapomnieliśmy, co dla Niej dobre… czyli analiza grzechów pszczelarstwa ostatnich dziesięcioleci”

Dlaczego nie biorę pod uwagę jakiejkolwiek formy leczenia

„Całą tą nużącą pracę [hodowlaną – przypis tłumacza] – i to powtarzaną tysiącami razy – związaną ze zliczaniem roztoczy na lepkich wkładkach, uśmiercaniem czerwiu płynnym azotem, obserwowaniem pszczół czyszczących się nawzajem i mierzeniem poziomu hormonów czerwiu, będziemy kiedyś wspominać jako wielkie marnotrawienie czasu, kiedy w końcu pozwolimy roztoczom Varroa robić te rzeczy dla nas” – Kirk Webster – „Co powstrzymuje nas przed postępem w dyskusjach i pracy przy pszczołach”

„Często zastanawiałem się, jak opisać to, co naprawdę dzieje się w pasiece, w której od ponad 5 lat nie stosuje się jakiegokolwiek leczenia; gdzie roztocza traktuje się jak przyjaciół i sprzymierzeńców, a produkcja miodu, zyski, zdrowie i radość z prowadzenia pasieki są takie jak w najlepszych czasach w przeszłości. Teraz nie przyszłoby mi do głowy zwalczać roztoczy, nawet gdybym miał na to łatwy i bezpieczny sposób” – Kirk Webster – „Nowy kanon amerykańskiego pszczelarstwa”

Prowadzona obecnie wymiana poglądów zwróciła moją uwagę na to, jak dziś myślę o leczeniu pszczół, a jak myślałem kiedyś. Zdecydowałem więc, że wyjaśnię jak znalazłem się w punkcie, w którym obecnie jestem. Tamte czasy nie zajmują już mojej uwagi, choć są tak naprawdę nieodległe. W 1999 roku, kiedy straciłem całą pasiekę po raz drugi z rzędu, będąc sfrustrowany zastanawiałem się co zrobić, aby pszczoły przeżyły. Od lat nie śledziłem już czasopism pszczelarskich, bo miałem wrażenie, że są one bardziej o nowinkach technicznych niż o pszczołach. Wtedy po prostu miałem pasiekę w ogródku i mieliśmy się tak dobrze, że nawet nie zwróciłem uwagi na to, że pszczoły się zmieniły. Czytaj więcej „Dlaczego nie biorę pod uwagę jakiejkolwiek formy leczenia”

Zwalczanie roztocza Varroa destructor prowadzi donikąd…

rys. Mariusz „Popszczelony” Uchman

 

Artykuł został opublikowany w listopadowym numerze miesięcznika „Pszczelarstwo” 11/2015

Tutaj dostępny w wersji PDF z miesięcznika.

Zabiegi zwalczania roztocza Varroa destructor uznawane są przez przeważającą większość pszczelarzy za najważniejszy punkt w całym sezonie pszczelarskim, są dla nich absolutnym priorytetem, z roku na rok coraz więcej mówi się i pisze o malejącej skuteczności tych działań. Zamiast zastanowić się nad przyczyną problemu, pszczelarze coraz bardziej dokręcają śrubę chemioterapii. Jednak ostatnie dziesięciolecia niezbicie dowodzą, że droga ta prowadzi donikąd.

Mówiąc o nieskuteczności owych zabiegów leczniczych, podkreśla się fakt nabycia oporności roztocza Varroa destructor na substancje chemiczne. Nie zawsze chodzi tylko o tolerancję pasożyta na podawane toksyny, ale również o pojawianie się innych mechanizmów przystosowawczych związanych ze zmianą trybu życia roztocza. W odpowiedzi na to podaje się coraz więcej toksyn i coraz częściej, a one nie są przecież obojętne ani dla pszczół, ani dla ekosystemu w ulu i poza nim, ani dla jakości produktów pszczelich, które tak chętnie spożywamy. Coraz częściej uznaje się za zasadne podawanie „leków” uwalnianych powoli i działających przez długi czas (np. tzw. pasków czy nasączanych wkładek tekturowych, z których substancje aktywne parują lub roznoszone są przez pszczoły nawet przez kilka tygodni). Metoda ta ma zapewnić obecność toksyny w ulu w chwili, kiedy cykl życiowy roztoczy skłoni je do opuszczenia komórki pszczelej wraz z wygryzającą się młodą pszczołą, w praktyce powodując stałą obecność szkodliwych substancji chemicznych w owadzim domu, gdzie jest miód, wosk, a przede wszystkim pszczoły. Czytaj więcej „Zwalczanie roztocza Varroa destructor prowadzi donikąd…”