Najtrudniejsza rzecz w pszczelarstwie

Michael Bush
www.bushfarms.com/beeshardestthing.htm

„Któż potrafi sklarować zmąconą wodę? Ale jeśli pozostawić ją w bezruchu, stopniowo sama stanie się klarowna. Któż potrafi osiągnąć stan absolutnego spokoju? Ale z upływem czasu, stan spokoju stopniowo sam się pojawi.” – Laozi, Tao Te Ching

Zdecydowanie najtrudniej w pszczelarstwie jest „nie robić nic”. Oczywiście dotyczy to nie tylko w pszczelarstwa, ale każdego przedsięwzięcia. Myślę, że Grecy byli w błędzie, kiedy założyli że podstawowym błędem logicznym jest”post hoc ergo propter hoc” (grec. po tym, więc wskutek tego). Myślę, że jest to w logice błąd drugorzędny. Błędem, na który ludzie są najbardziej podatni, jest potrzeba aby „zrobić cokolwiek, nawet jeżeli to jest niewłaściwe.” Ten błąd w myśleniu od wielu tysiącleci utrzymywał interesy lekarzy. Z tego też powodu Hipokrates poczuł potrzebę stworzenia zasady „przede wszystkim nie szkodzić”. Istnieją rozliczne sytuacje życiowe, kiedy nie ma nic do zrobienia, a każde nasze działanie jedynie pogarsza sprawę.

„Istnieje kilka podstawowych zasad – przydatnych wskazówek . Jedna z nich mówi, że gdy trafiasz na pewien problem w pasiece i nie wiesz co zrobić, to nie rób nic. Problem rzadko pogarsza się gdy nic nie robisz, za to często staje się o wiele poważniejszy po nieudolnej interwencji.”– The How-To-Do-It book of Beekeeping, Richard Taylor Czytaj więcej „Najtrudniejsza rzecz w pszczelarstwie”

Fort Knox, czyli nasza rezerwa „złota”

Fort Knox to baza amerykańskich sił zbrojnych w stanie Kentucky. Oprócz siedziby szkoły i centrum badawczego wojsk pancernych znajduje się tam jeden z największych skarbców rezerw złota na świecie. Mówi się, że to jedno z najlepiej strzeżonych miejsc na naszej planecie.

A jak się to ma do pszczół? O tym za chwilę.

Pszczelarstwo naturalne, a zwłaszcza jego najbardziej radykalny odłam, czyli pszczelarstwo, w którym nie stosuje się żadnych metod zwalczania warrozy ma szereg problemów z przebiciem się do świadomości pszczelarzy. Stawia mu się szereg zarzutów – od barbarzyńskich założeń, przez nieracjonalność i naiwność, do całkowitej nieopłacalności ekonomicznej i konieczności stałego rozpoczynania od zera. Każdy, kto widzi długofalową potrzebę rezygnacji z jakichkolwiek metod zwalczania roztoczy (nieważne czy metod „twardej chemii” czy też „naturalnych”) natrafia na szereg zagadnień, z którymi musi się zmierzyć.

Przede wszystkim taki pszczelarz jest sam. Nie ma znikąd pomocy. Sąsiedzi prawie na pewno go nie wspomogą, a chętniej spaliliby mu pasiekę (takie groźby są częste) lub po kryjomu odymili jego pszczoły apiwarolem, żeby choroby nie przeniosły się na ich pnie (ten argument jest absurdalny, ale to nie tekst o tym, żeby się z nim rozprawiać). Dookoła wszędzie latają trutnie z rodzin nieprzystosowanych do zagrożenia jakim jest warroza. Pszczelarz nie chcący leczyć to na dziewięćdziesiąt dziewięć procent amator, który ma dwa, pięć czy choćby nawet i trzydzieści pni. To genetyczna kropla w morzu latającego nieprzystosowania. Do tego przecież pszczelarz dopiero chce zacząć swoją selekcję, a więc jego pszczoły wcale nie są zauważalnie lepiej przystosowane do radzenia sobie z roztoczem. Jeżeli uda mu się przejść przez pierwszy etap selekcji to utrzymanie przystosowania w takich warunkach będzie graniczyło z niemożliwością. Jeżeli przez kilka lat uda się coś wypracować, a w malutkiej pasiece przyjdzie kryzys (choćby nie był spowodowany chorobami, a na przykład wytruciem pszczół przez nieodpowiedzialnego rolnika), to… ostatnich kilka lat selekcji jest straconych. Trzeba wszystko zaczynać od zera. Znów od pszczół z komórki 5.4 mm. Znów od pszczół całkowicie nieprzystosowanych genetycznie do radzenia sobie z roztoczem. Beznadziejność tej sytuacji jest tak duża, że większość amatorów nie ma większych szans na poradzenie sobie z problemem. Czytaj więcej „Fort Knox, czyli nasza rezerwa „złota””