pczolki

O co chodzi Wolnym Pszczołom?

Streszczenie TL;DR 

Przegląd celów statutowych w formie pytań. Otwórzmy raz jeszcze debatę nad zdefiniowaniem PN. Nic nie możemy uznać za dogmat. Wciąż poszerzajmy wiedzę i aktualizujmy swoje poglądy. Zainteresujmy się też pozostałymi zapylaczami. Przemyślmy i dopasujmy selekcję na odporność pszczoły miodnej do swoich możliwości. Zweryfikujmy stanowisko względem puli środków chemicznych. Popularyzujmy polski miód, ale może inaczej?

W ostatnich miesiącach niewiele się dzieje na naszych łamach (czyli przede wszystkim stronach www), ale przecież nie bez przyczyny. Jako organizacja napotkaliśmy (by nie napisać: zderzyliśmy się z) przeszkodę w postaci większej ilości informacji i doświadczenia, które przyjęliśmy i musimy przetrawić. Otworzyło to przed naszymi oczami ogromną połać wiedzy, której jeszcze nie zaabsorbowaliśmy, nie oswoiliśmy. Narodziły się nowe pytania i wciąż nie mamy na nie odpowiedzi. Z jednej strony mamy nasze dotychczasowe plany ujęte regulaminem, który wciąż zachowuje aktualność, z drugiej strony silny spór między postawami „przeć naprzód”, a „zatrzymajmy się i przemyślmy to raz jeszcze”.

Poniżej raczej zadaję pytania, niż daję odpowiedzi. Pragnę zainspirować (nie tylko) członków Stowarzyszenia do ich poszukiwania. Wiosenny zjazd przed nami.

Przegląd celów statutowych

Zerknijmy do regulaminu i rozważmy, co też tam się znajduje. Może to też być przydatne dla osób, które głównie poprzez łącza internetowe śledzą nasze działania i utarczki, ewentualnie czasem z nami sympatyzują.

1) propagowanie zasad pszczelarstwa naturalnego, w tym także przez media;

Myślę, że sprawa wygląda klarownie i przejrzyście. Mamy forum specjalnie do tego powołane, aby dzielić włos na czworo i zastanawiać się, czym w rzeczywistości jest – lub powinno być – pszczelarstwo „naturalne”. Tak czy owak, jakie by ono nie było, jeżeli ktoś uważa, że je właśnie uprawia, to my stoimy po jego stronie. A w szczegółach się dogadamy, kiedy pojawi się wzajemna otwartość i zaufanie. Wymienimy się wówczas poglądami i może się wzajem czegoś nauczymy. Tak to sobie przynajmniej wyobrażam.

2) wspieranie pszczelarstwa naturalnego, w tym w szczególności bezramkowego, bezwęzowego, małokomórkowego;

Tutaj mamy doprecyzowanie skierowane w stronę definicji pszczelarstwa właśnie „naturalnego”, które wynikło z poprzednich dyskusji i ustaleń podjętych już lata temu. Uważam, że temat ten należy otworzyć (o ile został zamknięty) i w naszych forumowych debatach więcej uwagi poświęcić kwestiom puli metod, które uważamy za „pszczelarstwo naturalne”.

Postawmy sprawę jasno: pszczelarstwo w formie, jaką znamy współcześnie, jest formą rolnictwa. I reguły rolnictwa winny pszczelarstwem rządzić. Jeżeli pszczelarz uwagę swoją kieruje na liczenie słoików z miodem, które udało mu się wyprodukować (tzn. miód wyprodukowały pszczoły, ale produkt z całą otoczką, nadający się do sprzedaży, jest jego autorstwa), to nie jest on żadnym przyrodoznawcą, ani obrońcą środowiska naturalnego (dzikiego?), nie wspiera żadnego pszczelarstwa naturalnego – jego pasieką rządzi rachunek ekonomiczny. I nie ma w tym nic złego, to przecież fajna zabawa. Jeżeli zatem chcemy uczestniczyć w ewolucji metod pasiecznych, aby stały się bardziej przyjazne środowisku naturalnemu (dzikiemu?), powinniśmy uznać to za osobny i ważny wątek dyskusji o celach i metodach pszczelarstwa nowoczesnego, opartego o współczesne uwarunkowania rynkowe, społeczne i kulturowe. Na przykład nie możemy raz na zawsze uznać środków tzw. „twardej, ciężkiej chemii” za zło ostateczne, i skazać ich na wyparcie z naszej szlachetnej, „proekologicznej” świadomości, bo są be i koniec. Musimy wciąż być ich świadomi i rozwijać nasze poznanie czytając artykuły prasy naukowej, które się z ich tematem wiążą. Jeżeli Stowarzyszenie ma zajmować poważne stanowisko w tej sprawie, po pierwsze musi być ono dobrze podparte informacją – musimy o tym wiedzieć więcej od naszych potencjalnych adwersarzy. To samo dotyczy kwestii węzy małokomórkowej, ograniczenia lub unikania stosowania węzy, jakiej węzy, z jakiego źródła itp.

Żadnej tezy, czy to chwilowo „udowodnionej naukowo”, czy też przyklepanej dobrymi życzeniami „naturalsów”, nie możemy uznać raz na zawsze za dogmat.

Powinniśmy dokończyć naszą debatę w kwestii „niestandardowych” metod pasiecznych: nie stosowania ramek, używania uli typu kószka, kłoda, paka, ule snozowe oraz ich rozliczne mieszanki i warianty. Trzeba zdefiniować nowy podział wewnątrz puli metod i celów pszczelarskich – bo tego dotyczy właśnie stosowanie uli „niestandardowych”. Dzięki temu będziemy mogli zaproponować pszczelarzom-hobbystom, aby jeszcze raz przemyśleli, po co i dlaczego właściwie prowadzą swoją małą pasiekę. Może są w stanie, nie ryzykując nadmiernie, nie poświęcając się zbytnio, dołożyć małą, malutką cegiełkę do sprawy poprawy warunków środowiskowych w swojej okolicy? Ten temat zasługuje moim zdaniem na osobny tekst. Musimy mieć argumenty.

3) popularyzowanie zasad ochrony środowiska, a także bioróżnorodności, w tym zwłaszcza wśród owadów zapylających i w samym gatunku pszczoły miodnej;

Być może powinniśmy nieco przedefiniować nasze postawy, cele i metody. Nagromadzona w ostatnich latach wiedza wyświetla nam sprawy w taki oto sposób:

  • Pszczole miodnej jako takiej nic na świecie ani w Polsce nie grozi. Przybywa jej (w obu obszarach), a nie ubywa. Atakujące ją choroby nie przyczyniają się do trwałego spadku liczebności pszczelich gniazd w obszarach, w których podlegają mniej lub więcej ścisłej ewidencji – czyli w pasiekach.

  • Za to mamy pole, które rozważaliśmy dosyć rzadko, a nierzadko wcale: dzikie pszczoły, żyjące w dziuplach, dziurach i komyszach. Niektórzy przecież nawet uważają, że ich w ogóle już nie ma! Może powinniśmy więcej uwagi skierować na to zagadnienie, ustalić jakieś wspólne zdanie w tej materii?

  • Owady zapylające – temat, któremu dotychczas poświęcaliśmy mało uwagi. Nasze łamy (i strony) powinny się otworzyć na pasjonatów tego zagadnienia. Bo to te dzikie zapylacze, pszczoły samotnice, trzmiele, przeróżne muchy i muchówki, a nawet osy i szerszenie, tracą dziś najszybciej potencjalne siedliska i tereny lęgowe. Jeżeli w ogóle można odczuwać zagrożenie dla środowiska naturalnego w tak zmienionych przez człowieka obszarach jak pola i lasy Europy Środkowej (niektórzy myślą, że Wschodniej, a inni kompromisowo – Środkowo-Wschodniej), to raczej dotyczy to tych dzikich owadów o niejasnej przydatności dla gospodarki człowieka, niż dla dość dobrze usadowionych w naszym społeczeństwie pszczół miodnych. Jednocześnie nie od rzeczy byłoby wspomnieć, że także w gospodarce rolnej coraz większe znaczenie zyskują inne gatunki zapylaczy, np. pszczoły murarki, lub trzmiele.

  • Kwestie siedlisk dla dzikich owadów: co może pomóc, a co ma niewielkie, lub zgoła żadne znaczenie. Dostępność pokarmu i zagrożenia pochodzące od człowieka. Jak może pomóc rolnik, jak leśnik, a jak miejski pasjonat? Temat ten (jak i poprzedni powyżej) trudno wyczerpać w kilku zdaniach, a samo wspomnienie o nim na naszych łamach (i stronach) moim zdaniem znacząco podniesie wielu ludziom poziom świadomości o rzeczywistym stanie środowiska, naturalnego czy jakiegokolwiek innego, w którym mieszkamy.

W dyskusjach forumowych (i w okolicach) pojawiają się wątki, które przekonują mnie, że zarówno członkowie jak i sympatycy Stowarzyszenia czują oddanie sprawie ochrony środowiska. Pomimo, że nierzadko mają swoje własne wyobrażenie, z czym to się je. Czy jako Stowarzyszenie powinniśmy znaleźć jakiś konsens w tej materii? Jeżeli tak, najlepiej, gdyby była nim prawda, lub coś w jej okolicach.

4) wspieranie selekcji pszczoły odpornej na choroby i pasożyty, a zwłaszcza na roztocze Varroa destructor;

Moim zdaniem na tym polu osiągnęliśmy wiele, ale też wiele straciliśmy: pojawili się pszczelarze, którzy osiągnęli większy lub mniejszy, ale jednak, sukces w samodzielnej hodowli pszczół o większej zdolności przetrwania, bez konieczności stałego leczenia.

Okazało się jednak, że to wcale nie takie proste, jak się wydawało na początku: wiele warunków musi się zejść, aby mogło się udać, a nie każdy nimi dysponuje.

W tym samym czasie inni zachwiali się w tych usiłowaniach, lub doszli do wniosku, że to zbyt wielki dla nich ciężar. Innymi słowy: uznali, że nie do końca po to zajęli się pszczelarstwem i chcą wrócić do zajęć, które bardziej im się podobają. Hodowla pszczół bez leczenia moim zdaniem jest zabawą dla zaawansowanych. Raczej nie stanie się to powszechną propozycją dla zwykłych pszczelarzy – a zatem nie będzie miało szansy dużo zmienić. Ciężar, jaki nakłada na barki (poważne ryzyko utraty zaangażowanych pni plus logistyka, więcej pracy), jest zbyt wielki. Czy istnieje jakaś alternatywna propozycja? Mniej bohaterska, za to bliższa życiu szarego człowieka?

Moim zdaniem, jeżeli ktoś nie ma zamiaru utrzymywać dużej pasieki (w kontekście polskiej praktyki administracyjnej, czyli powyżej 80 pni, a w rzeczywistości odpowiednio licznej, zgodnie z lokalnymi warunkami), tak naprawdę niewiele mu przyjdzie z zabawy w selekcjonera. Oczywiście: jeżeli ma ochotę się bawić, kto mu zabroni? Może się uda? A może w swojej okolicy zna kilku takich zapaleńców i razem tworzą całkiem sporą pulę pni poddanych selekcji? Wtedy to może mieć dużo sensu. Ze wszech miar popieramy. Ale jeżeli woli ostrożnie i powolutku? Wówczas powinien od nas otrzymać jasny przekaz, konkretną propozycję:

  • po pierwsze spróbuj wychowywać własne matki, dobierane zawsze z najlepszych pni. Najlepszych według Twoich kryteriów, ale nasza propozycja brzmi: badaj porażenie roztoczem Varroa destructor i na tej podstawie promuj te rodziny, które wykazują się najmniejszą liczbą pasożytów. Naucz się rozpoznawać rodziny pełne wigoru i te właśnie promuj.

  • po drugie, jeżeli nie chcesz produkować własnych matek, już samo domaganie się pszczół hodowanych pod kątem odporności na choroby będzie miało wpływ na zawodowych hodowców i powielaczy matek pszczelich. Niewielki, ale zawsze.

  • po trzecie, jeżeli chcesz prowadzić poważną hodowlę w kierunku odporności, to nie zapomnij porządnie się dokształcić. Mamy kontakty z ludźmi, którzy się tym zajmują, zapytaj ich o zdanie. Bo to ciężka przeprawa, w której biorą udział także Twoje zwierzęta, a nie tylko Ty. I nigdzie nie jest powiedziane, że musi się udać. Ale masz nasze wsparcie, na ile to tylko możliwe w naszych warunkach.

    Innymi słowy: chwalimy każdą cegiełkę, jaką pszczelarz zechce dołożyć do tego budynku. Nawet najmniejszą.

5) popularyzowanie wśród pszczelarzy potrzeby odejścia od stałego wspomagania lekami chemicznymi pasiek;

Niektóre zagadnienia poruszyłem wyżej. Myślę, że nie ma powodu rezygnować z tego punktu, choć może warto by go przeredagować – ale to temat na dyskusję w gronie członków Stowarzyszenia. Z całą pewnością kwestia chemizacji pszczół (a zatem i miodu, co martwi wielu jego odbiorców, a przed innymi się to ukrywa) wciąż zajmuje poważne miejsce w naszych, i nie tylko naszych, rozważaniach. Jednak coraz lepiej widać, że jest to problem bardzo złożony, a hasło „po prostu nie lecz” nie stanowi interesującej propozycji dla pszczelarzy. Jeżeli mamy być pragmatyczni, co możemy zatem zaoferować w zamian?

Moim zdaniem powinniśmy zająć jasne stanowisko względem metod z puli tak zwanego „pszczelarstwa naturalnego”. Naszym zadaniem ma być danie pszczelarzom wyboru: decyzja ma należeć do nich. A my w ramach naszego potencjału i osobistych zainteresowań możemy propagować stosowanie środków, które o ile wciąż są szkodliwe i niosą ryzyko zarówno dla pszczół jak i pszczelarza, to przecież praktycznie żadne dla klienta na nasze miody – a to już moim zdaniem stanowi poważny (powtarzam: poważny) krok naprzód w debacie i w praktyce. Z całej grupy ryzyk eliminujemy jedno, nie wpływając istotnie na pozostałe – całkiem nieźle. O jedno ryzyko mniej. W tym samym czasie nie zapominamy, że jest to tylko jeden z sześciu celów, jakie Stowarzyszenie przed sobą postawiło.

6) popularyzowanie polskiego miodu i innych produktów pszczelich, zwłaszcza pochodzących z pasiek nieskażonych przez chemiczne metody leczenia chorób pszczelich.

To chyba oczywiste: swoje chwalimy, cudzego nie znamy. Dajemy potencjalnym klientom wybór, jaki produkt chcą nabyć. I to na poziomie bardziej merytorycznym, niż po prostu sprzedawanie „stylu życia”, jaki kryje się za miodem, woskiem, pyłkiem i propolisem.

Właściwie to popierałbym pójście pod prąd „głównego nurtu” propagowania produktów pszczelich:

  • Miód kiedyś, owszem, w dawnych czasach, mógł być uznany za eliksir zdrowia. Ludziom groziła śmierć głodowa, trzeba się było urodzić w naprawdę bogatej rodzinie, aby zetknąć się z groźbą otyłości i płynących z niej konsekwencji. Ciało chronicznie niedożywione rzeczywiście mogło odczuwać niemal natychmiastowy przypływ energii po łyknięciu takiej bomby z cukrów prostych i witamin, a po kilku tygodniach regularnego zażywania łyżki miodu dziennie mogło pozbyć się różnorakich dolegliwości. Dziś z pewnością nie będzie to miało miejsca: jesteśmy bardzo dobrze odżywieni, zdrowi, a czasem nawet wysportowani. Naszym problemem jest raczej nadmiar nagromadzonej energii (w postaci tkanki tłuszczowej), niż jej brak. W rzeczywistości miodu już nie potrzebujemy. Stał się towarem luksusowym, smaczniejszym słodzikiem (kwestia gustu), elegancką przyprawą, zaprawą, ewentualnie objawem zamożności. Odsetka zainteresowanych klientów ciągle maleje z powodu rosnącej w społeczeństwie popularności różnych alergii.

  • Podobnie rzeczy się mają z pyłkiem.

  • Propolis wciąż dobrze się trzyma jako uniwersalny, łagodny antyseptyk o szerokim spektrum działania. Kto miał problem z grzybicą, źle gojącą się raną, ten potwierdzi, że czasem łatwiej zastosować propolis, niż biegać po lekarzach i gromadzić przeróżne substancje, które mają zaradzić każda innemu problemowi, lub skutkom ubocznym po zwalczaniu problemów.

  • Jeżeli chodzi o zastosowania dla wosku, to współczesne syntetyki pełnią jego rolę co najmniej tak samo dobrze – z zastrzeżeniem podobnym, co dla propolisu. Jednak świeczka z wosku pszczelego to raczej szpan niż rzeczywista potrzeba. Kto zresztą dziś używa stale świeczek? Luksusowe i domowego wyrobu kosmetyki to wciąż rodząca się gałąź gospodarki, dla której polskiego wosku i tak zawsze będzie za mało – wymogi hobbystów co do jego czystości, „organiczności” i „naturalności” są dla polskich pszczelarzy używających powszechnie amitrazy zbyt surowe. Trzeba będzie i tak importować z Afryki.

Czyli pszczelarstwo współczesne znajduje się na rozdrożu. Ratuje je wysoka stopa życiowa społeczeństwa, gdzie wielu może sobie pozwolić na słodzenie miodem zamiast cukrem, ewentualnie uprawianie tzw. „zdrowego trybu życia”, czyli np. mycie podłóg octem zamiast chemią domową oraz uprawianie innych tego typu „dziwactw”. Jak w tym powinny się znaleźć Wolne Pszczoły?

No właśnie tak. Powinniśmy propagować „zdrowe” metody pszczelarskie, ale jednocześnie nie unikać prawdy, która wciąż się zmienia (niestety), bo zależy od ostatnich osiągnięć naukowych.

Jednocześnie powinniśmy stać się ofertą dla wschodzącej grupy pszczelarzy nowego typu. Dla nich sukces nie mierzy się wyłącznie tonami zebranego miodu, choć ten przecież również jest ważny. Ale pasjonuje ich proces chowu (a czasem i hodowli) pszczół we wszystkich jego aspektach, od stolarki pasiecznej, po zaawansowane problemy genetyczne. To już nie tylko odpowiedniki wędkarzy, dla których liczy się wyłącznie „taaakaa ryybaa”, ale też tacy, którym chodzi po prostu o spędzenie chwili na świeżym powietrzu. To także tacy akwaryści poświęcający czas na upiększanie akwariów, krzyżowanie swojego przychówku, wynalazki techniczne… To pszczelarze, którzy chcą uprawiać swoje hobby w niecodziennych miejscach i na swoich warunkach. To pasjonaci, ale bardziej w typie hobbystów niż rolników.

Czyli wciąż powinniśmy aktualizować swój pogląd i nie obawiać się, że w jakiś sposób zaszkodzi to misji Stowarzyszenia. Nie ma powodu przekonywać innych, aby podejmowali decyzje, których przy odpowiednim poziomie wykształcenia nigdy by nie podjęli – przeciwnie, powinniśmy uświadamiać, że niektóre pomysły są ciekawe, interesujące, ale jednocześnie czasem ryzykowne? Być może założone cele niemożliwe do realizacji. Co z tego? Przecież nie o to chodzi, by złowić króliczka. Ostatecznie chodzi nam o to, aby się dobrze bawić, a przy okazji uczynić coś pożytecznego dla innych.

Krzysztof Smirnow (aktualny Przedstawiciel Stowarzyszenia PN Wolne Pszczoły)

Selekcja na odporne pszczoły w Stevens Bee Company

Streszczenie TL;DR

Stevens profesjonalnie hoduje pszczoły odporne na choroby.  Nie stosuje leków (TF beekeeping). Leczyć czy nie leczyć? Stevens uważa, że amator może próbować pszczelarstwa TF, ale planem minimum jest zdobycie odpornego pogłowia, umiejętność hodowli matek, rozpoznanie chorób, bezwzględna wymiana matek, a przede wszystkim nie pozostawianie pszczół bez opieki, ze względu na rozprzestrzenianie chorób. Dzięki sztucznemu unasiennianiu utrzymuje wypracowaną wcześniej odporność linii, którą planuje dalej szlifować.

Od tłumacza:
Artykuły te są kompilacją tekstów właściciela firmy pszczelarskiej w USA z Missouri zajmującej się głównie hodowlą i sprzedażą matek pszczelich oraz także produkcją miodu. Oryginalne teksty pochodzą z firmowej strony i sklepu internetowego https://www.stevensbeeco.com, a choć dedykowane są raczej pszczelarzom amerykańskim, to i w polskich warunkach, moim zdaniem, możemy z nich wyciągnąć cenne wskazówki, co do prób związanych z tzw. pszczelarstwem bez leczenia. Choć to oczywiste, na wszelki wypadek napiszę, że wszelkie sugestie autora, drogi czytelniku, stosujesz na swojej pasiece, na własną odpowiedzialność.

Stevens Bee Company: o nas

Naszym głównym celem jest selekcja i hodowla pszczół miodnych odpornych na choroby i roztocza. Aby to osiągnąć nie stosujemy żadnych środków leczniczych. Naszym zdaniem to najlepsza metoda, aby przetestować kandydatów do hodowli. Poza odpornością na choroby i roztocza selekcjonujemy na miodność. Słabsze rodziny wymagające jesienią karmienia nie przechodzą do dalszego etapu hodowli. Lubimy także, kiedy nasze pszczoły są łagodne, aby zarówno dla początkujących pszczelarzy oraz tych bardziej doświadczonych, praca przy pszczołach była przyjemnością. Oferujemy również nieprzetworzony miód, który w wyniku unikania stosowania zabiegów leczniczych na naszych pasiekach, jest z pewnością wolny od zanieczyszczeń po środkach roztoczobójczych i antybiotykach.

Leczyć czy nie leczyć: oto jest pytanie

Zagadnienie to jest bardzo kontrowersyjne w środowisku pszczelarzy i wywołało już niezliczone polemiki. Dlaczego więc nie pokusić się o napisanie kilku własnych przemyśleń na ten temat? Krótkie studia stron pszczelarskich na Facebooku pokażą nieco argumentów w związku z tym problemem. „Powielasz pszczoły, które nie mają odporności na roztocza!”, twierdzi zwolennik pszczelarstwa bez leczenia (treatment free beekeeping). „Produkujesz bomby roztoczowe!” ripostuje zwolennik usuwania roztoczy. Kto więc ma rację? A może obydwie strony? Po wysłuchaniu wspaniałych debat na ten temat i przemyśleniu sprawy, doszedłem do wniosku, że jest to po prostu walka między rozwiązaniami krótkoterminowymi, a rozwiązaniami długoterminowymi. Poza tym, tak jak każde pszczelarskie zagadnienie, pełne jest wielu zmiennych, które komplikują problem.

Naturalna selekcja jest bardzo potężnym mechanizmem filtrującym, który funkcjonuje tak długo, jak długo trwa życie na naszej niebieskiej planecie. To jest główny powód, dla którego ludzie decydują się nie leczyć pszczół, obok tego, że nie podoba im się dodawanie substancji chemicznych do ula. Tom Glenn z Glenn Apiaries uświadomił sobie kiedyś, co robi, kiedy wycinał kawałek plastra do zjedzenia bezpośrednio z ula, a jego dłuto natrafiło na pasek Apistanu. Glenn był pionierem w produkcji hodowlanej wydajnych matek pszczelich odpornych na roztocza. Używałem jego pogłowia w mojej praktyce przez wiele lat i byłem pod wielkim wrażeniem. Niestosowanie środków roztoczobójczych szybko ujawnia, co ma potencjalną odporność, a co jej nie ma. Dlatego postanowiłem nie leczyć, gdyż moim jedynym celem jest hodowla produktywnych pszczół odpornych na choroby i szkodniki. To był najtrudniejszy, ale i najbardziej skuteczny test. Ta metoda jest długoterminowym rozwiązaniem na potrzeby hodowli lepszych pszczół, które w porównaniu do wielu innych nie wymagają rozpieszczania. Oczywiście, nie obejdzie się bez kompromisów i ryzyka.

Chociaż uważam, że naturalna selekcja stanowi skuteczne narzędzie hodowli na cechy odporności, nie polecałbym nieleczenia jako generalnego sposobu na pszczelarstwo dla hobbystów unikających manipulowania pszczołami (hands off beekeeping). Chowanie głowy w piasek i ignorowanie potencjalnych problemów, nie jest dobrym rozwiązaniem. Choroby i roztocza są prawdziwym zagrożeniem i mogą zostać rozprzestrzenione na sąsiednie rodziny poprzez rabowanie. Szczególnie podczas braku wziątku z pożytku pszczoły mają tendencję do rabowania słabszych rodzin, co niewątpliwie może powodować roznoszenie chorób i roztoczy. Nie twierdzę, że nie da się tego zrobić z poziomu hobbystów, ale trzeba dysponować gotowym źródłem odpornego pogłowia, aby wymienić matkę w problematycznych ulach, lub narobić nukleusów (małych odkładów), aby zredukować straty. To jest plan minimum. Wszystko poniżej sprawi, że napotkasz problemy w zrównoważonym rozwoju pasieki i potencjalnie wygenerujesz problemy dla sąsiadujących uli.

Jeśli chcesz jednak spróbować pszczelarstwa wolnego od leczenia, poleciłbym Ci kilka rzeczy, aby zachować równowagę. Przede wszystkim, stań się biegłym w hodowli matek. Dotyczy to zresztą zarówno pasiek leczonych i nieleczonych. Jest to cenna umiejętność, która otwiera wiele drzwi w pszczelarstwie. Po drugie, zdobądź pogłowie przeselekcjonowane na zestaw cech związanych z odpornością na choroby i roztocza. Selekcjonowanie na bazie rójek i zwykłego komercyjnego pogłowia to twardy orzech do zgryzienia, w procesie którego stracisz wiele pszczół. Wybierz coś ze sprawdzonymi cechami odporności takimi jak: VSH, higieniczność lub grooming, aby dodać je do Twojej puli genów. Po trzecie, nie cackaj się ze słabymi lub chorymi rodzinami. Wymieniaj w nich matki jak najszybciej. Jeśli będziesz produkował dobre jakościowo matki z odpornego pogłowia, będziesz się mniej wahał nad wymianą matek pozbawionych odpowiedniego poziomu odporności i wymianą słabej genetyki w rodzinach. Skupienie się na tych trzech zagadnieniach ogromnie poprawiło moją gospodarkę i może również poprawić Twoją.

Odporne pszczoły?

Co ludzie rozumieją pod terminem odporne pszczoły? Termin ten może dotyczyć kilku cech behawioralnych lub genetycznych, które pozwalają rodzinie na dalsze funkcjonowanie i przetrwanie, nawet jeśli nie zostaną uwolnione od chorób i szkodników poprzez różne zabiegi lecznicze. Najbardziej skutecznymi cechami, jakie widziałem są: VSH (varroa sensitive hygiene) i odporność na choroby wirusowe sprzężone z roztoczami. VSH to zestaw cech, które pozwalają pszczołom wykrywać roztocza w fazie reprodukcji w czerwiu krytym, oraz otwierać i usuwać takie zakażone poczwarki. Przerywa to cykl reprodukcji roztoczy bez interwencji chemicznej. Zwrócono uwagę, że pszczoły zostawiają roztocza w wieku nieprodukcyjnym w spokoju, a skupiają się na tych, co wychowują swoje młode. Odkrycie to było wcześniej nazywane SMR (supressed mite reproduction) ze względu na osłabienie poziomu populacji roztoczy w ulu przez zwalczanie reprodukcji roztoczy. Termin ten został zmieniony na VSH po tym, jak odkryto, że jest to wariant higienicznego instynktu pszczół. Pszczoły VSH są niezwykle higieniczne, co daje im także silną odporność na grzybicę otorbielakową i zgnilca amerykańskiego. Jestem wielkim fanem cech VSH. Wdrażałem je do swojego inwentarza od wielu lat, z pozytywnymi wynikami.

Często pomijanym mechanizmem ogólnej odporności jest odporność na wirusy. Widziałem wiele rodzin, które miały dość wysoki poziom roztoczy, ale nigdy nie było u nich widać zdeformowanych skrzydeł i innych oczywistych oznak zakażenia wirusowego. Odporność wirusowa dała się wyraźnie zauważyć, skoro przetrwały zimę, wytwarzały nadwyżki miodu i żyły dalej pomimo wysokiego poziomu porażenia. Jeśli skrzyżować pszczoły VSH z wysoce odpornymi na wirusy sprzężone z roztoczami, otrzymasz generalnie dość odporną pszczołę. Inny znany mechanizm odpornościowy to allogrooming lub autogrooming. Ta cecha powoduje, że pszczoły fizycznie usuwają foretyczne osobniki pasożyta, gryząc je i uszkadzając im nogi, czy zewnętrzny pancerz. To całkiem fajna cecha. W ciągu ostatnich kilku lat wdrożyłem znane linie Purdue Mite1 o cechach groomingowych za pomocą sprowadzonych matek nieunasiennionych, które następnie inseminowałem nasieniem trutni VSH. Mam nadzieję, że w gniazdach pojawią się obie cechy. Oczekuję korzystnego ich połączenia. Roztocza będą nie tylko zwalczane podczas próby rozmnażania w czerwiu krytym, ale także w fazie foretycznej, przyczepione do dorosłych pszczół. Czas pokaże, czy to się opłaciło, ale podejrzewam, że tak się stanie.

Czy matki naturalnie unasiennione zachowają cechy odporności na choroby i roztocza?

Jeśli obie linie rodzicielskie wykazały odporność na choroby i roztocza, to nawet po naturalnym unasiennianiu można oczekiwać, że ich potomstwo, także wykaże zestaw podobnych cech. Przez lata nabywaliśmy matki VSH od innych. Wszystkie one, w stanie larwy, były przekładane przez innych hodowców, a większość wykazywała wysoki stopień odporności na roztocza. Przestaliśmy w końcu kupować materiał z zewnątrz i pracujemy nad własnymi celami. Wzmacnia to naszą różnorodność i daje nam znacznie lepiej dostosowane lokalnie pszczoły. Minusem jest większa zmienność cech VSH, co oznacza zmniejszenie częstotliwości występowania tego konkretnego genu (allelu? przyp. tłum.). Do puli genów dodaliśmy także cechy allogroomingu za pomocą kilku linii Purdue Mite.

Zmierzam do tego, że jakaś jedna cecha odporności na dręcza pszczelego jest super, ale co jeśli z powodzeniem połączyłeś wiele cech na jednym plastrze z czerwiem? Pracujemy właśnie nad zintegrowaniem hodowli ze sztuczną inseminacją wykorzystywaną w modelu hodowli zamkniętej populacji, gdzie wyeliminujemy naturalne unasiennianie utrzymując różnorodność, aby zachować nasz wypracowany wzór odporności na plastrze z czerwiem. Spodziewam się, że im więcej pokoleń wyprodukujemy, tym zobaczymy coraz większą spójność w odniesieniu do odporności na roztocza, ponieważ ich liczba będzie podstawowym kryterium selekcji dla kandydatów do tej hodowli.

Cory Stevens 2017-2018
Skompilował i przetłumaczył za zgodą autora: Jakub Jaroński 2019
Artykuł został także opublikowany w listopadowym numerze miesięcznika Pszczelarstwo (11/2019).
Zdjęcia: archiwum Stevens Bee Company.

1. Artykuł na temat programu hodowlanego Uniwersytetu Purdue: https://extension.entm.purdue.edu/beehive/our-breeding-program

Wywiad z Leoszem Dworskim: Bez jedu to nejde?

Streszczenie TL;DR

W artykule Leosza Dworskiego „Bez jedu do nejde” jest opisana cała jego metoda selekcji pszczół w kierunku odporności na choroby: warrozę i nosemozę. Aktualnie, poza zabiegami biotechnicznymi, dopuszcza leczenie punktowe kwasem mrówkowym i tymolem. Najbardziej groźna, według niego, to ostatnia faza choroby rodzin pszczelich. Dworski obserwuje rodziny swoją, ponoć najdokładniejszą metodą. Sam się przekonał, że tzw. dzikie pszczoły w barciach nie mają jakiś specjalnych właściwości. Nie wierzy w tzw. bombę roztoczową. Najważniejszy u niego jest test przeżycia.

 

CC-BY fot:  Eva Zahradnická
CC-BY fot: Eva Zahradnická

Pszczelarz Leosz Dworski (Leos Dvorsky) urodził się w 1954 r. Mieszka w Mladá Boleslav w Republice Czeskiej. Zajmuje się, hodowlą pszczół na cechy związane z ich odpornością na choroby. W 2012 r. założył organizację Sance Pro Vcely (Szansa dla pszczół), która zrzesza czeskich pszczelarzy. Jej celem jest stopniowa selekcja pszczół w kierunku większej odporności na choroby i inne aktualne zagrożenia. Zapraszam do wywiadu z Panem Dworskim oraz do spróbowania przeczytania tekstów jego autorstwa po czesku, na temat swoich eksperymentów i wniosków, których wiele opublikował na swojej stronie internetowej: http://dvorsky.leos.sweb.cz

Jakub Jaroński: Od kiedy zajmuje się Pan pszczelarstwem?

Leosz Dworski: Od 1964 roku.

Jakie są współcześnie największe zagrożenia dla rodzin pszczelich?

Stres, niedobór pokarmu, słaba odporność immunologiczna, Nosema cerenae, warroza, choroby wirusowe.

Od kiedy i dlaczego nie używa Pan regularnie tzw. „syntetycznych akarycydów” w gospodarce pasiecznej?

W 30% od 2003 roku, w 50% od 2004 roku, w 100% od r.2005 roku. Dlatego, że uniemożliwiają obiektywną ocenę rodzin pszczelich i ich selekcję.

Proszę powiedzieć jaka jest Pana metoda na dojście do pszczół, które nie potrzebują leczenia?

Dobre pytanie. Prószę przeczytać mój artykuł „Bez jedu to nejde?1. Tam jest wszystko na ten temat. Kto do tego dorósł, to zrozumie. Kto nie, musi jeszcze czytać.

Jak wyłapywał Pan rodziny do leczenia? Czy metoda ta polega na stopniowej minimalizacji użycia kwasu mrówkowego? Jaki duży procent aktualnie u Pana, to rodziny nieleczone? Czy w międzyczasie miał Pan duże straty? Czy Pańską metodą można uniknąć dużych strat?

Mam swoją metodę obserwacji uszkodzonych pszczół, które jest najdokładniejsza. Mój system opiera się na zabiegach leczniczych tylko wtedy, kiedy rodzina sama nie dałaby rady. Mam na myśli tzw. leczenie punktowe, czyli w tej chwili np. 1 rodzinę na 20-30 rodzin itd. Kwas mrówkowy lub tymol to jedyna chemia, która dopuszczam. Pierwszeństwo jednak daję zabiegom biotechnicznym. Oczywiście, że bez strat to się nie uda. Widzę, że Pan myśli o skopiowaniu jakieś metody, ale to jest ciężkie. Musi Pan do wszystkiego dorosnąć i zmienić punkt widzenia. W Pańskich pytaniach wyczuwam podejście komercyjne. Radzę Panu nie próbować tego kierunku.

Co Pan robi z rodzinami, które nie radzą sobie z chorobami?

Uczę się od nich.

Co Pan sądzi o problemie tzw. „bomby roztoczowej”, tudzież reinwazji warrozy?

Nie wierzę. W końcu problem warrozy w postaci „czystej“ jest chyba już rozwiązany, nawet bez chemii. Bardziej problematyczna jest faza końcowa. Czyli to, w co porażenie może
się ostatecznie przekształcić. Nie wierzę już od dawna, że pszczoły muszą paść na warrozę typu A. Nawet czysto teoretycznie, wystarczy do tego prosty rachunek. W naturze w sierpniu już od dawna wszystko jest przygotowane do zimowli i nawet parę tysięcy sztuk warrozy nie może pszczołom zaszkodzić. One tego się w dużym stopniu pozbędą, zaś w części zadziała (sama) natura.

Co Pan sądzi o metodzie tzw. „selekcji naturalnej“, polegającej m.in. na tym, aby nie ingerować w śmierć uli z powodu chorób? Tym samym pozwolić pszczołom przejść wąskie gardło selekcji na pasiekach, na podobnej zasadzie, według zwolenników tej metody, jak w dzikiej przyrodzie.

Nie interesuje mnie to. W naturze to działa inaczej, ale można to przybliżyć. Proszę przeczytać „Bez jedu to nejde?“.

Czy kontroluje Pan poziom porażenia warrozy i nosemy?

Oczywiście. Wszystkie moje rodziny mam trybie eksperymentalnym.

Czy na rodzinach, które nie wymagają leczenia można gospodarować podobnie, jak na tych, które wymagają leczenia? Czy są słabsze od leczonych? Czy dają może mniej miodu?

Oczywiście. Musi Pan wiedzieć, co jest najważniejsze. Rozpoznać problem i warunki, a następnie zdecydować się co zrobić dalej.

Co to jest „medna komora“?

Ponownie odsyłam Pana na moją stronę internetową i przeczytanie o miodnej komorze2. W skrócie chodzi o to, aby zapewnić rodzinie miodu pod dostatkiem przez cały rok, tak aby były zdolne do zazimowania w dowolnym momencie, np. w czerwcu.

Jaka jest różnica dla pszczół pomiędzy miodem i cukrem? Czy warto podkarmiać cukrem, czy lepiej zostawić pszczoły na miodzie? Jaki jest Pański system podkarmiania?

Różnica jest taka jak pomiędzy mięsem wieprzowym, a kwaśnym ogórkiem. Miód to kompletnie innym pokarm. Dłuższy komentarz jest zbędny.

Jakie ma Pan u siebie napszczelenie? Czy duże napszczelenie jest istotnym problemem, aby dojść do pszczół nieleczonych?

Miałem 5-6 pasieczysk i w sumie 100 rodzin. Dzisiaj mam 2 pasieczyska i 30 rodzin.

Czy zapobiega Pan błądzeniu pszczół pomiędzy ulami? Ile uli powinno stać na jednym pasieczysku? Czy różnice pomiędzy rozmieszczeniem dzikich siedlisk w przyrodzie a zagęszczeniem uli na pasieczysku mogą istotnie wpływać na ich przeżywalność i zdrowie? A jeżeli tak, to w jaki sposób trzeba to uwzględnić w gospodarce pasiecznej?

Czasami tak, a czasami nie. W każdym razie rozmieszczenie uli służy mi do badania zalatywania pszczół do innych uli. Prowadzę selekcje na mniejsze zalatywanie.

Co sądzi Pan o dzikich pszczołach i bartnictwie?

Bartnictwo to wielka moda, ale na tych samych zasadach można prowadzić rodzinę pszczelą w ulach nowoczesnych, co sam staram się robić. Dzisiaj dzikie pszczoły są rzadkością. Nie mają zdecydowanie jakiś szczególnych właściwości, o czym sam się przekonałem. Ten urok jest gdzie indziej. Znowu odsyłam pana do mojego artykułu „Bez jadu to nejde“.

Jakim systemem hoduje Pan pszczoły? Czy prowadzi Pan linie mateczne i ojcowskie? Jak wybiera Pan najlepszy materiał do dalszej hodowli?

Nie rozumiem pytania. To oczywiste. Wybieram według wyników testów. Najważniejszy jest test przeżycia.

Na jakich pszczołach Pan gospodaruje? Co sądzi Pan o podgatunku Apis mellifera mellifera i Apis mellifera carnica?

Hoduję pszczołę miejscową, czyli krzyżówki krainki. Każda rasa ma swoje zalety, które zależą od rodzaju selekcji u hodowcy. Nie istnieje cudowna pszczoła. Pszczelarz musi je poznać i działać według tej wiedzy.

Co Pan uważa za najważniejsze dla zdrowia pszczół?

Środowisko i jego zrozumienie u pszczelarza.

Ile miodu udaje się średnio Panu wyprodukować?

Mogę Panu tylko podać wartość minimalną i maksymalną, czyli od 0 do 196 kg. Jeżeli będzie Pan patrzył na pszczelarstwo naturalne, jak na produkcję miodu, to ten kierunek w ogóle nie jest dla Pana.

Czy poza miodem pozyskuje Pan inne produkty pszczele? A jak tak to jakie?

Miód, wosk, propolis.

Na jakim ulu Pan gospodaruje i dlaczego?

2/3 Langstroth. Zawdzięczam to przypadkowi. Pszczoły rozwiązały już dawno kwestie ula i wymiaru ramki. Dla pszczelarza to tylko metoda na wygodę pracy.

Czy rodzaj ula ma znaczenie dla zdrowia pszczół i ich większej przeżywalności?

Wszystko musi się zgrać: środowisko, pszczoły, pszczelarz i metody działania. Wszystko jest ze sobą powiązane. Wybór ula jest tylko narzędziem do odpowiedniej metody działania. Jeżeli będzie Pan prowadził rodzinę pszczelą, tak jak dziś robią to inni, to kwestia ula jest nieistotna. Wszystko robione jest dokładnie odwrotnie w porównaniu do naturalnego biorytmu pszczół.

Rozmawiał: Jakub Jaroński 2018
Tłumaczył: Wacław Sciskala, Jakub Jaroński
Wywiad autoryzowany

Przypisy:

  1. Leosz Dworski, Bez jedu to nejde?, 2015: http://dvorsky.leos.sweb.cz/CLANKY/Bez_jedu_to_nejde4.editace.s.obrazky.pdf
  2. Leosz Dworski, Jeste k medne komore, http://dvorsky.leos.sweb.cz/CLANKY/jeste_k_MK.htm; Leosz Dworski, Medne komora v niskych nastavcich.: http://dvorsky.leos.sweb.cz/Sance_pro_vcely/med_komora_v_NN_2.pdf

Kilka moich refleksji na temat Pszczelarstwa „Naturalnego”.

Streszczenie TL;DR:

Roger Patterson nie zgadza się z podziałem na pszczelarstwo naturalne i konwencjonalne.  Minimalizowanie interwencji często nie jest, według niego, najlepszym rozwiązaniem hodowli pszczół. Selekcja na kilku rodzinach nie jest możliwa. Sugeruje wymianę matek na te z odporniejszej populacji w miejsce doprowadzania do swobodnego rojenia się pszczół i upadku porażonych kilka lat nieleczonych rodzin. Gospodarka bezwęzowa w ulach bezramkowych jest ciekawą alternatywą. Poglądy wewnątrz środowiska PN są zróżnicowane i nierzadko sprzeczne, ale pod pewnymi warunkami różnorodność poglądów sprzyja rozwojowi pszczelarstwa. Według niego, skupianie się na radykalizmie w niesłusznym dyskredytowaniu pszczelarstwa konwencjonalnego nie jest dobrym rozwiązaniem. Lepiej zacząć pszczelarzenie od sprawdzonych metod konwencjonalnych.

 

Roger Patterson

Tekst pochodzi ze strony: http://www.dave-cushman.net/bee/naturalbeekeeping.html. Przetłumaczony i opublikowany za zgodą autora i dysponenta praw autorskich.

Od tłumacza:
Roger Patterson jest pszczelarzem od 1963 roku. Pochodzi z hrabstwa West Sussex położonego w południowo-wschodniej Anglii. Jest przewodniczącym Wisborough Green Division, które jest lokalnym stowarzyszeniem związku pszczelarzy w West Sussex. Napisał książkę „Beekeeping – A Practical Guide” (Pszczelarstwo – praktyczny przewodnik). Jako praktyczny pszczelarz koncentruje się na podstawach pszczelarzenia w których ceni proste rozwiązania. Prowadzi, znaną w światku pszczelarskim, stronę internetową, którą stworzył nieżyjący już dziś pszczelarz Dave Cushman. Poniższy artykuł pochodzi właśnie z tej strony.

W zasobach internetu (angielskojęzycznych: przyp. tłum) znaleźć można mnóstwo informacji na temat pszczelarstwa „naturalnego” lub „zrównoważonego”. Chociaż inni mogą mieć odmienne zdanie, to na potrzeby mojej strony przyjąłem, że te dwie nazwy dotyczą tego samego. Entuzjaści wyżej wymienionego pszczelarstwa, chów pszczół w standardowych ulach, nazywają pszczelarstwem „konwencjonalnym”. Dla wygody czytelnika będę więc odnosił się do tego podziału, tak jak rozumieją go jego zwolennicy, chociaż zaznaczam, że nie zgadzam się z tym rozróżnieniem.

Wśród pszczelarzy „naturalnych” istnieje duża różnorodność poglądów, ale da się znaleźć w nich pewne wspólne stanowiska. Należą do nich:

  • Niechęć do stosowania środków chemicznych
  • Przyzwolenie na śmierć chorych rodzin pszczelich
  • „Troska” o pszczoły
  • Próba zrozumienia pszczół

Jako wieloletni tradycyjny pszczelarz również zgadzam się z tymi poglądami i nie spieram się z żadnym z nich, chociaż mogę je wprowadzać w życie na różne sposoby. Na przykład uważam, że pszczoły nie są tak mocne jak wtedy, gdy zacząłem zajmować się pszczelarstwem. Wynika to głównie z powodu importu nieprzystosowanych ras pszczół, a następnie ich rozpieszczania z życzliwości wobec pszczół. Pomimo, że mogłyby być one poddane selekcji naturalnej, przez zostawienie ich samych sobie, wolałbym wymienić w nich matki na coś z odporniejszego pogłowia. Jest to zasadniczo odmienne postępowanie od prostego przyzwalania na ich umieranie z powodu warrozy i związanych z nią wirusów, a także nieprzydatności do naszych warunków. Istnieją wszak też inne poglądy z którym już zdecydowanie się nie zgadzam. Oto one.

Minimalizowanie interwencji.

Twierdzi się częstokroć, że otwarcie ula szkodzi pszczołom, więc należy tego unikać jak tylko można. Odpowiada to mniej więcej metodzie typu „zostaw w spokoju”, którą dawniej stosowało wielu pszczelarzy. W tamtych czasach jednak duża część pszczelarzy pracowała na roli w zgodzie ze zwierzętami i naturą, którą zwykle czujnie obserwowano. Pszczelarze wraz z ich rodzinami byli na tyle czasowo dyspozycyjni, żeby poradzić sobie nastrojem rojowym, co stanowiło wtedy ich główny problem. Obecnie jednak mamy problem warrozy i moim zdaniem, wymaga to systematycznego monitorowania i leczenia. Pszczelarzowi z 2-3 ulami bardzo trudno jest hodować pszczoły na odporność. Po prostu to zbyt mała ilość pni.

Widziałem wiele dzikich rodzin na granicy upadku. Gdyby znajdowały się w ulu i zostały wyleczone, a tym samym uratowane, to później można by im wymienić matkę, na taką z bardziej odpornej linii. Swoją drogą leczenie może też odbywać się niechemicznymi środkami. Osobiście uważam, że obserwacja pszczół podczas przeglądów, wiele mnie nauczyła, w kwestii prawidłowego odczytywania zachowania się rodziny. Nie mógłbym tego dokonać bez inspekcji ula. Inna sprawa to występowanie chorób podlegających obowiązkowi zgłoszenia. Czy możliwe byłoby ich wykrycie, bez dokonywania przeglądów?

Zgoda na swobodne rojenie.

Moim zdaniem jest to rażąco nieodpowiedzialne postępowanie, zwłaszcza w obszarze miejskim. Wielu zwykłych ludzi po prostu boi się pszczół. Rójka lądująca w ich ogrodzie lub mieszkająca w ich domu, to sytuacja kłopotliwa. W sytuacji kiedy pszczoły się osiedlą na dobre, to nie oznacza wcale, że nie wyroją się po raz kolejny. A nawet jeśli wymrą, co się stanie prawdopodobne po maksymalnie 3-4 latach (w Polsce raczej krócej: przyp. tłum.), to zamieszka tam kolejny rój, co już oznacza kłopot permanentny. Chcę jednak napisać, że rozumiem i szanuję powody, dla których dopuszcza się się do rojenia. Jeśli są ku temu możliwości, aby stosunkowo łatwo te rójki wyłapać, tak jak w czasach kószek, to myślę, że jest to dobry sposób na powęszenie stanu pasieki. Dodatkowo roje są zazwyczaj nieco mniej porażone przez warrozę. Pomimo to, jeżeli nie jest to teren wiejski, a pszczoły nie są pod kontrolą, jestem temu przeciwny. Myślę, że warto zwrócić też uwagę, że niektórzy konwencjonalni pszczelarze, którzy potępiają to podejście, sami nie są wystarczająco ostrożni w zapobieganiu własnym rójkom.

Brak węzy

W pszczelarstwie „naturalnym” istnieją różne metody i różne opinie na temat węzy, ale co do zasady odchodzi się od węzy, a miód pozyskuje się przez wyciskanie (prasowanie: przyp. tłum) plastrów. „Naturalni” stosują wiele różnych uli. Są wśród nich stojaki i leżaki. Do najbardziej popularnych należą ule bezramkowe: trapezowy snozowy TBH oraz Warre. Istnieją sposoby na zagwarantowanie, że matki nie będą czerwiły w pewnych plastrach, bez użycia fizycznych barier takich jak kraty odgrodowe. Niektórzy „nowocześni” pszczelarze są przeciwnikami pobierania miodu z przeczerwionych plastrów, ale osobiście w tym problemu nie widzę.

Różnice

Nie ma zgodności wśród „naturalnych” co do zagadnienia karmienia. Część się na to zgadza, a część nie. Podobnie w przypadku leczenia środkami warrobójczymi: niektórzy używają tymolu, inni wręcz przeciwnie. W pszczelarstwie „naturalnym” da się zaobserwować podobną ilość różnych poglądów, co w pszczelarstwie konwencjonalnym. Występowanie zróżnicowanych opinii jest generalnie dla pszczelarstwa pożyteczne i nie widzę przeszkód, aby trwało dalej. Pod warunkiem jednak, że różnice te wynikają z doświadczenia i nie są obarczone wzajemnymi uprzedzeniami.

Ruch pszczelarstwa „naturalnego” jest całkiem prężny i szeroki. Można zaryzykować tezę, że rośnie. Podobnie zresztą jak pszczelarstwo konwencjonalne. Rozumiem i pochwalam bazowe idee tego ruchu, ale niestety wielu pszczelarzy „naturalnych”, próbując udowodnić swój punkt widzenia, a używając przy tym niedokładnych argumentów, zdaje się, że pragnie pozostałym zohydzić ich odmienne sposoby na chów pszczół. To się dzieje nawet w gronie samych „naturalnych”. To oczywiście nie zwiedzie doświadczonego i kompetentnego fachowca, ale może wpłynąć na początkujących, którzy mogą być zbyt łatwowierni w to, co usłyszą lub przeczytają. W rzeczy samej, taki jest ich cel. Rozmawiałem z wieloma osobami, którzy zaczęli zajmować się pszczelarstwem „naturalnym” na podstawie tego, co jest „złe” w pszczelarstwie konwencjonalnym, choć nawet go nie spróbowali. To fakt, że są tacy, którzy wsłuchują się też w inne argumenty, ale pozostali mają już tak wyprane mózgi, że po prostu słuchać nie chcą.

Aby ustosunkować się do nieprawdziwych komentarzy, podaję kilka przykładów, które wyczytałem ze stron internetowych, traktujących o pszczelarstwie „naturalnym”.

„Większość nowoczesnego pszczelarstwa, podobnie jak intensywnego rolnictwa, jest nastawiona na maksymalną produkcję”.

Moja odpowiedź: Przeciętny pszczelarz w Anglii i Walii w 2014 roku utrzymywał statystycznie 4,5 rodziny pszczelej, z których zdecydowana większość posiadała tylko 2-3. Większość pszczelarzy, których znam, bardziej interesuje się głównie samymi pszczołami i zależy im tylko na kilku słoikach miodu dla rodziny.

„Zwolennicy pszczelarstwa <naturalnego> uważają, że lepsza regulacja poziomu warrozy oraz zdrowsze i szczęśliwsze pszczoły, są rezultatem ich podejścia minimalizującego interwencje w ul (hand-off beekeeping), a stres, jaki wywierają pszczelarze na pszczołach w ulach, może być zrekompensowany jedynie przez pszczelarzy, którzy są gotowi na to, aby na pierwszym miejscu postawić potrzeby pszczół”.

Moja odpowiedź. Dręcz pszczeli jest problemem na całym świecie i to on lub wirusy, których jest wektorem, powoduje stres w rodzinach. Widziałem wiele rodzin z ciężkimi porażeniem tym pasożytem, które były na granicy zapaści, z powodu tego, że to pszczelarz nie poradził sobie z tym problemem. Na kilka miesięcy przed napisaniem tego tekstu zobaczyłem rodzinę, która nie była leczona na warrozę od 3 lat. Była tam ogromna liczba pszczół ze zdeformowanymi skrzydłami czołgająca się po ziemi przed ulem, gdzie zostały wyrzucone z rodziny na śmierć głodową. Czy to jest właśnie troska o pszczoły? Nie jestem zwolennikiem stosowania agresywnych środków chemicznych, ale nie rozumiem, jak podejście polegające na braku interwencji zmniejszy porażenie pasożyta do poziomu, który nie powoduje stresu dla rodziny. Istnieje wiele technik niechemicznych, które pozwalają usunąć odpowiednią ilość warrozy. Jednym ze sposobów redukcji warrozy stosowanej przez pszczelarzy „naturalnych” jest metoda obsypywania cukrem pudrem. Należy ją jednak powtarzać regularnie, a podejrzewam, że także niemało stresuje pszczoły.

Jak powszechnie wiadomo, trutnie, które zostały upośledzone przez warrozę, mają znacznie niższą liczbę plemników. Może to być jedną z przyczyn słabej wydajności matek, co jest aktualnie problemem. Dlatego im niższy utrzymujemy poziom warrozy w rodzinie, tym lepiej.

Jak można twierdzić, że pszczoły są szczęśliwe bez robienia im inspekcji?

„Wszystkie z 30 zimowanych rodzin przeżyły”.

Moja odpowiedź. To identyczny wynik jak mój i terenu mojego lokalnego BKA (lokalne stowarzyszenie pszczelarzy, odpowiednik polskiego koła pszczelarskiego) zimą 2012/2013 i 2013/2014 roku. Zazimowaliśmy wtedy łącznie ponad 60 rodzin. Nie pasuje to do tez „naturalnego” prelegenta, którego kiedyś słyszałem, a który twierdził, że straty zimowe są znacznie wyższe u „naturalnych”.

Część stron internetowych i forów dyskusyjnych obarczona jest podobnymi nieporozumieniami i ciągłym zohydzaniem pszczelarstwa konwencjonalnego. Aby być sprawiedliwym muszę dodać, że jest też wielu konwencjonalnych pszczelarzy, którzy nie tolerują „naturalnego” pszczelarstwa i jestem pewien, że w wielu przypadkach niewiele o nim wiedzą, a prawdopodobnie nigdy nie próbowali zrozumieć sposobu myślenia „naturalnych”. Odbyłem kilka bardzo konstruktywnych i przyjemnych rozmów z pszczelarzami, którzy uważają się za „naturalnych”. Ci bardziej racjonalni są w rzeczywistości bardzo kompetentni i robią rzeczy (lub nie robią) w oparciu o wiedzę, doświadczenie i zdrowy rozsądek. Próbowałem również prowadzić dyskusje z innymi, których radykalne poglądy są po prostu „wycięte i wklejone” z innych miejsc.

Podsumowując jest zbyt wiele nietolerancji w pszczelarstwie po każdej ze stron, a czasami stanowcze poglądy na sprawy wynikają z niewiedzy. Moim zdaniem do opinii innych ludzi powinno się odnosić się z takim samym szacunkiem jak do pszczół. W ciągu ponad 50 lat mojego pszczelarzenia widziałem wiele różnych metod stosowanych przez wiele różnych osób. Nie zgadzałem się z niektórymi z nich i czasami musiałem to przyznać, ale starałem się to rozsądnie uzasadnić. Z mojego doświadczenia wynika, że potrzebny jest system, w którym wszystko, co robisz, pasuje do Ciebie, ale z wystarczającą elastycznością, aby zmieniać go w zależności od okoliczności.

Przyjrzyjmy się słowu „naturalny”. Jeśli chodzi o pszczelarstwo, to myślę, że powinno to oznaczać: bez interwencji człowieka. A to oznacza rodzime pszczoły gniazdujące w naturalnych siedliskach i „pasące się” na naturalnych terenach. W naszym przypadku Wielkiej Brytanii i Irlandii, odpowiada to pszczołom Apis mellifera mellifera, gniazdującym w wydrążonych drzewach i nie żerujących na obszarach upraw rolnych. Dosyć trudne do osiągnięcia! Praktycznie każda brytyjska strona internetowa o pszczelarstwie „naturalnym”, którą ostatnio sprawdziłem, jest ilustrowana zdjęciami pszczół, które mają żółte odwłoki. AMM nie mają żadnych żółtych pasków, a więc automatycznie obecność tych pszczół tutaj nie jest czymś naturalnym. W innych rejonach świata, gdzie pszczoła miodna nie jest autochtoniczna, żaden rodzaj pszczelarstwa nie jest naturalny. Jedna z „naturalnych” stron internetowych przyznaje, że już sama nazwa „Pszczelarstwo Naturalne” jest dosyć problematyczna, ponieważ chów pszczół nigdy nie jest tak naprawdę naturalny. Zdejmowałem setki rojów pszczół miodnych z drzew i budynków. Obawiam się, że wiele z tego co widziałem, nie jest za bardzo zbliżone do tego, co przeczytałem o „naturalnym” chowie pszczół. Zapraszam na moją stronę pod tym linkiem (http://www.dave-cushman.net/bee/natbeenest.html), aby przeczytać o naturalnym gnieździe pszczół.

Aby zgromadzić więcej informacji, niż dotąd miałem okazję poznać, przeszukałem sieć i przeczytałem praktycznie wszystko, co nie jest kopią czegoś innego, gdyż podobnie jak w przypadku wielu rzeczy w pszczelarstwie, jest cała masa powtórzeń. Jest kilka aspektów, które jak podejrzewam, wprawiają w zakłopotanie ruch „naturalny”, ale sądzę, że większość informacji przekazanych z pasją, których czytanie sprawiało mi przyjemność, jest przemyślana i poczuwająca – tak jak powinno być w pszczelarstwie. Takie przesłanie jest znacznie lepsze niż „natarczywy” i ofensywny przekaz tych, którzy zdają się uważać, że zamiast przekonywać do swoich racji, skuteczniejsze jest dyskredytowanie innych metod. Znalazłem nawet aroganckie stwierdzenie, że „to my jesteśmy strażnikami pszczół„, tak jakby inni już nie byli!

Chociaż sam nie próbowałem pszczelarstwa „naturalnego”, to zajmowałem się pszczołami utrzymywanymi tym sposobem. Są techniczne różnice przy ich obsłudze, ale przy odrobinie zdrowego rozsądku można się tego szybko nauczyć. Wydaje mi się jednak, że jeśli ktoś pragnie zostać „naturalnym”, to lepiej zacząć od pszczelarzenia w ulach konwencjonalnych, a dopiero później wprowadzać zmiany. Zwłaszcza, że można gospodarzyć na dwa różne sposoby jednocześnie. Taką metodą sam sprawdzisz najlepiej, które opinie są poprawne, a które nie. Znam kilka osób, które tak zrobiły, choć w większości przypadków porzuciły zmianę po próbach. Być może dlatego, że nie dość obserwowali i nie w pełni zrozumieli fenomen rodziny pszczelej. Wciąż jednak mogą gospodarzyć w ulach konwencjonalnych i być troskliwymi pszczelarzami.

Sam, jako dobrze funkcjonujący „konwencjonalny” pszczelarz widzę pewne korzyści z podejścia „naturalnego”. Bezdyskusyjną korzyścią jest fakt, że wszystkie ule TBH mogą być wykonane z drewna odpadowego bez żadnych dodatkowych kosztów według własnego projektu. Jestem człowiekiem praktycznym, sam produkuje ule więc argument ten trafia do mnie bardzo dobrze. Podoba mi się też pomysł braku węzy, aby pszczoły budowały to co same chcą oraz wyciskania miodu z regularnie odnawianych plastrów. Myślę, że te punkty są dobre.

Podsumowując, nie mam problemu z pszczelarstwem „naturalnym”, ani z większością tych, którzy go wspierają. Nie mam potrzeby, go zohydzać tylko dlatego, że jest to inny sposób osiągnięcia tego samego, co robię sam. Chciałbym tylko, aby ta mniejszość, mocna głównie w gębie, kiedy próbuje przekazywać swoje przesłanie w oparciu o rażące nieścisłości, nie zohydzała sposobu, jaki sam wybrałem na chów pszczół. Moim zdaniem wiele elementów pszczelarstwa „naturalnego” i tak sam stosuję, więc dlaczegóż to mam być postrzegany jako „nienaturalny”? Jeśli to, co robię, nie jest naturalne, to nie jest również to, co robią „naturalni”, stąd używam tego słowa w cudzysłowie w tym tekście.

Jeśli tylko pszczelarz rozumie, szanuje i troszczy się o swoje pszczoły, to nie obchodzi mnie jaką metodę przyjął.

Roger Patterson
tłumaczył: Jakub Jaroński

IX Zjazd Stowarzyszenia „Wolne Pszczoły” czyli sprawy formalne

IX Zjazd Stowarzyszenia „Wolne Pszczoły” odbył się w dniach 15-16 marca 2019 w miejscowości Budy Grabskie, w ośrodku „Grabskie Sioło”. Miał on charakter zamknięty, bez uczestników spoza Stowarzyszenia. Było to spotkanie ściśle celowe, dla załatwienia spraw formalnych. Mamy nadzieję, że następny Zjazd zorganizujemy w formule otwartej i już teraz zapraszamy chętnych do uczestnictwa.

Piątek wieczór jak zwykle w miłej atmosferze zjedliśmy kolację, a później spędziliśmy czas na pogaduszkach o pszczołach. Następnego dnia zaraz po pysznym śniadaniu czekało na nas Walne Zgromadzenie członków Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły”.

Szybko zatwierdziliśmy formalne sprawozdania Stowarzyszenia i zajęliśmy się najpierw sprawami najpilniejszymi.

Wobec powstania w ostatnich miesiącach nowej organizacji promującej pszczelarstwo uprawiane całkowicie bez stosowania jakichkolwiek środków do tak zwanego „leczenia”, koordynator Projektu „Fort Knox” zainicjował wydzielenie go z spod skrzydeł Stowarzyszenia. Jednym z powodów była chęć otwarcia przedsięwzięcia na szersze grono potencjalnych uczestników, którzy nie byliby członkami Stowarzyszenia „Wolne Pszczoły”, a chcieliby w nim przyjąć udział. Była to propozycja kontrowersyjna i wzbudziła wiele emocji w czasie dyskusji. Ostatecznie Stowarzyszenie w głosowaniu zdecydowało usamodzielnić Projekt i przekazać jego uczestnikom zbudowaną markę oraz swobodę podejmowania dalszych decyzji odnośnie kierunków rozwoju. Trzymamy kciuki za dalsze postępy „Fortu Knox” i będziemy o nim informować.

Skończyła się kadencja dotychczasowego Zarządu. Zmieniony został regulamin i sprowadzono Zarząd do jednoosobowej funkcji Przedstawiciela, na którego ponownie został wybrany Krzysztof Smirnow. Praca papierkowa w toku, formalności dokończymy na następnym Walnym Zgromadzeniu.

Dziękujemy poprzednim członkom Zarządu za ich pracę i zaangażowanie.

Koordynator wydania aperiodyku „Wolnopszczelarstwo”, Jakub Jaroński, podsumował udane przedsięwzięcie i zdał projekt. Dziękujemy za jego pracę, jak również całemu zespołowi redakcyjnemu. Wydawanie czasopisma było trudnym, ale jednocześnie inspirującym i bardzo pouczającym procesem. Ustaliliśmy też, że musimy dokończyć produkcję krótkiego filmu promocyjnego, nad którym prace rozpoczęliśmy jeszcze półtora roku temu.

W dalszym toku obrad podsumowaliśmy pozostałe sprawy oraz rozmawialiśmy o innych przedsięwzięciach wartych rozważenia. O niektórych będzie można przeczytać już wkrótce na naszej stronie. Nawał spraw ledwo pozwolił nam zdążyć na obiad, część tematów mogłaby zostać jeszcze pogłębiona, jednak zdecydowaliśmy się zrobić to na forum i pozwolić chętnym działać.

Po wyjątkowo smacznym i obfitym obiedzie powoli rozjechaliśmy się z powrotem do domów. To był krótki, acz obfity w pomysły i emocje zjazd. Krótsza jego forma, bo zaledwie 24h, pozwoliła dołączyć większej liczbie członków stowarzyszenia bez znacznego rozbijania ich prywatnych planów, lecz większość z nas czuła niedosyt. Niemniej taka forma zjazdu również się sprawdziła.

Do zobaczenia na następnym zjeździe!

Aperiodyczny biuletyn naszego Stowarzyszenia „Wolnopszczelarstwo”, numer pierwszy

Z ogromną satysfakcją oddajemy w Państwa ręce pierwszy numer „Wolnopszczelarstwa”, bezpłatnego biuletynu Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego Wolne Pszczoły.

Wydając pismo chcieliśmy uporządkować wybrane artykuły z naszej strony internetowej w trochę innej postaci, a przede wszystkim docenić wartość słowa pisanego w formie tradycyjnej, a zarazem poszerzyć grono odbiorców, którzy nie dotarli do tekstów ukazujących się w formie elektronicznej, w zasobach internetowych Stowarzyszenia. Dlatego biuletyn ukazał się też w limitowanej wersji papierowej.

Na treść pierwszego numeru składa się krótki opis historii i działalności „Wolnych Pszczół”, a także wybór artykułów, które dotychczas ukazały się na naszej stronie internetowej. Dominują tłumaczenia anglojęzycznych tekstów autorstwa pszczelarzy praktyków, którzy od wielu lat prowadzą swoje pasieki nie stosując żadnych „leków” ani substancji chemicznych służących do zwalczania pszczelich chorób i pasożytów. Nie widzimy powodu, dla którego nie moglibyśmy się posiłkować wiedzą i doświadczeniem starszych stażem kolegów zza granicy, w tym z drugiego brzegu Wielkiej Wody. Na tłumaczenia składają się zatem artykuły wykładowcy i hodowcy matek pszczelich – Michaela Busha; wybitnego pszczelarza zawodowego – Kirka Webstera; oraz artysty, muzyka, pisarza, a wreszcie pszczelarza hobbysty – Charlesa Martina Simona. Nasze polskie podwórko dopiero raczkuje w takich formach uprawiania pszczelarstwa, gromadzimy doświadczenia i wiedzę. Jesteśmy jednak przekonani, że w kolejnych numerach Biuletynu znajdzie się więcej tekstów rodzimego pochodzenia.

Zapraszamy też do lektury wywiadu z jednym z największych polskich autorytetów z dziedziny pszczelnictwa, profesorem Jerzym Woyke, który zdecydował się na rozmowę z nami o pszczołach i pszczelarstwie, w tym również o tych jego aspektach, które interesują nas najbardziej. Za co niniejszym jeszcze raz Profesorowi dziękujemy!

W numerze nie mogło również zabraknąć artykułów autorstwa członków naszego Stowarzyszenia. Znalazł się tu zatem opis „Fortu Knox”, flagowego projektu „Wolnych Pszczół”, o którym pisze bloger i propagator pszczelarstwa naturalnego Bartłomiej Maleta oraz tekst Krzysztofa Smirnowa o łapaniu rojów.

Na koniec chcemy wyjaśnić, że nasz Biuletyn zamierzamy wydawać jako aperiodyk, a więc będzie się on ukazywał w nieregularnych odstępach czasowych. Mamy jednak nadzieję, że kolejny numer ukaże się niebawem.

Serdecznie zapraszamy do lektury

Redakcja

„Wolnopszczelarstwo” w PDF

Post scriptum: Na cele edukacyjne posiadamy dla chętnych ograniczoną ilość nakładu wersji papierowej. Jeżeli ktoś z szanownych czytelników ma ochotę wejść w jego posiadanie, poprosimy aby napisał na adres elektroniczny redakcji wraz opisaniem planu edukacyjnego i celów jakie zamierza w ten sposób realizować.